Na pozór przykładny ojciec małego piłkarza w rzeczywistości może okazać się pospolitym chuliganem, który szuka zaczepki z byle powodu. 

Blisko 2 lata temu Piast Gliwice stworzył akcję mającą na celu uświadomić rodzicom, że próba prowadzenia przez nich treningów i wywieranie nadmiernej presji na dziecku jest, lekko mówiąc, nie na miejscu. Przypomnijmy, że w spocie szkoleniowiec rocznika na wstępie zwraca się do nadgorliwego ojca słowami: „Ty dziś nie wchodzisz”. W tym tekście chciałbym poruszyć temat kolejnej, w mojej opinii o wiele gorszej kategorii, która także zasługuje na „zakaz stadionowy”.

Jakiś czas temu, robiąc zdjęcia na jednej z imprez piłkarskich dla dzieci, byłem świadkiem naprawdę żenującej sytuacji. Dumnego rodzica jednego z zawodników drużyny naszych rywali tak bardzo poniósł futbolowy szał, że z gminnego ośrodka sportu i rekreacji w mgnieniu oka przeniósł się na boczne uliczki Londynu, szukając kompana do tzw. „ustawki”. Otóż okazało się, że siedząca obok niego pani… krzywo się na niego spojrzała, podczas gdy ten próbował żywiołowo prowadzić doping na meczu dzieciaków.

„Czemu pani na niego się tak nie popatrzy?” – zaczęło się niewinnie, wskazując na osobę obok, która również klaskała i tupała w trybuny. Kobieta nie miała za bardzo pojęcia, z jakiego powodu narodziła się owa konwersacja. Później jednak rozmowa przybrała bardziej niesympatyczny ton, na co zwrócił uwagę mąż pani. I wtedy „wywrotowiec” był już w swoim żywiole…

„Chcesz wyjść?” i „przypier*** ci” – nie wiem, jak wyglądają wszystkie turnieje dla dzieci w Polsce, ale na tych, na których byłem, tego typu wypowiedzi nie należą do najczęstszych. Zaatakowana para w żadnym wypadku nie szukała zwarcia i czekała tylko, aż prowokator się odczepi. I zapewne dzięki temu wszystko rozeszło się po kościach. Mecz się skończył i można było nieco ostudzić emocje.

Naprawdę ciężko stwierdzić, czy ta pani spojrzała się w sposób pogardliwy, nieprzyjazny, przyjazny, zalotny… W dzisiejszych czasach strach jest się do kogoś uśmiechnąć, bo jeszcze pomyśli sobie, że się z niego nabijasz. Wystarczy jedno spojrzenie, żeby móc zaprosić kogoś do wyjścia na przysłowiowe „solo”. Poważny, dorosły człowiek, którego z boiska ogląda jego własny syn…

Nawet jeśli kobieta faktycznie nie była pod wrażeniem sposobu kibicowania tego pana, to nie był to powód do tego, żeby psuć rodzinną imprezę. Kiedy idę na stadion i zdzieram gardło, to nie oczekuję, że państwo siedzący na trybunie obok pomyślą sobie coś w stylu: „O, ten na pewno robi licencjat”. Nie powinno też to nikogo specjalnie martwić, ponieważ stadion to nie teatr. Ale i nie cyrk, w którym w rolę małp wcielają się agresywni ojcowie. Tym bardziej na meczach dzieci, na których każdy dorosły powinien się starać dawać jak najlepszy przykład.

Niepokoi mnie w zasadzie jakikolwiek brak reakcji osób siedzących obok tego pana. Tylko jedna z nich głośno wyraziła swoje zażenowanie całą sytuacją. Reszta udawała, że nic nie widzi. Przecież rodzice się znają, wspólnie jeżdżą na mecze i można powiedzieć ojcu „Antka”, żeby przestał zachowywać się w ten sposób, bo przynosi wstyd nie tylko sobie, młodemu, ale i klubowi. Taki element powinien mieć zakaz wstępu na jakiekolwiek mecze dzieci – kto wie, czy następnym razem nie posunie się o krok dalej.

Tyle mówimy teraz o mowie nienawiści, o podziałach, więc weźmy do siebie te słowa i pamiętajmy, że takie zachowania należy bezwzględnie tępić. Nie trzeba nosić kominiarki, żeby zasłużyć sobie na tytuł stadionowego chuligana…

Rafał Lipski