Michał Madeński, trener drużyny seniorów Klubu Sportowego Konstancin w rozmowie z nami podsumował ubiegły sezon rozgrywek ligi okręgowej.

„Rycerze Wiosny” – ten przydomek chyba idealnie pasuje do Klubu Sportowego Konstancin w zakończonym niedawno sezonie.

To prawda, runda wiosenna była w naszym wykonaniu znacznie lepsza niż jesienna, opuściły nas stare demony z pierwszej części, wyglądaliśmy lepiej w każdej formacji, graliśmy zdecydowanie bardziej wyrachowanie i co ważne, zaczęliśmy być skuteczni zarówno w obronie, jak i w ataku. Nauczyliśmy się wykorzystywać nasze atuty. Jesienią mieliśmy trochę zawirowań, wiele składowych, które nie pozwoliły nam pokazać tego, co jest w nas najlepsze. Przez okres jesieni było około 20 urazów w trakcie rundy, od tych ciężkich typu zerwanie więzadeł krzyżowych po drobne, lekkie naciągnięcia, które mimo to eliminowały nas na 7-14 dni, a w przypadku Tomka Folwarskiego na cały sezon. Wiosną pod tym względem wyglądało to znacznie lepiej, ale na to też miał wpływ fakt, że prawie całą rundę graliśmy w systemie sobota-sobota, a nie jak na początku sezonu co 3 dni.

Gdybyście tak grali przez cały sezon, to awans byłby w zasięgu?

Należy stąpać mocno po ziemi i nie bujać w obłokach. Oczywiście, wiosną graliśmy o wiele lepiej, ale trzeba pamiętać o tym, że sporo spotkań nam zupełnie nie wyszło jak np. oba starcia z Chlebnią czy Gromem. W tych meczach rywale po prostu byli znacznie lepsi, skuteczniejsi i wykorzystywali wszystkie nasze słabsze fragmenty spotkania. Taktyka bardzo się zmieniła w porównaniu z jesienią, nagrywaliśmy wszystkie spotkania i mogłem spokojnie analizować każdy mecz, wyciągać wnioski i udoskonalać taktykę tak, aby była najlepsza dla drużyny. Zajęliśmy miejsce w środku tabeli i taki to był dla nas sezon. Obiektywnie. Może piłkarsko uważam, że zasłużyliśmy, aby być 1-2 miejsca wyżej w tabeli, ale nie ma co się pompować – cały sezon mieliśmy po prostu średni. Były serie zwycięstw, ale również serie porażek.

Z drużyny, która grała w IV lidze, nie został prawie ani jeden zawodnik – czy 9. miejsce w tabeli to dobry wynik, biorąc pod uwagę tak wielką rewolucję, która miała miejsce w klubie?

Dwaj zawodnicy, którzy zostali, to nota bene moi wychowankowie z rocznika 1999, który prowadziłem u nas w akademii. To był bardzo ciężki okres, latem doszło do rewolucji kadrowej, zbudowaliśmy zupełnie nowy zespół, trzon drużyny tworzyli zawodnicy grający w poprzednim sezonie w A-klasie. Sam czerwiec był gorący, bo miałem chyba około 50 spotkań z zawodnikami grającymi w tamtym czasie w drużynie oraz potencjalnymi nowymi nabytkami. Dokonaliśmy wielu wzmocnień, ale patrząc indywidualnie, tylko jeden zawodnik z nowych piłkarzy grał w lidze okręgowej w poprzednim sezonie i był to spadkowicz. Montowaliśmy drużynę od podstaw na trzonie z A-klasy, na juniorach ściągniętych z innych klubów i kilku starszych zawodnikach jak na naszą kadrę, ponieważ z rocznika 1996. Należy przypomnieć początek sezonu, gdzie mieliśmy fatalną serię, jechaliśmy na Puchar Polski do B-klasy i wyglądaliśmy bardzo słabo, ale czuliśmy, że w końcu wjedziemy na tory lepszej gry.

W tym sezonie w zespole zagrało wielu młodych zawodników
W tym sezonie w zespole zagrało wielu młodych zawodników

Młodzież dała radę? Część zespołu tworzą zawodnicy, którzy dopiero rozpoczynają swoją przygodę z piłką seniorską.

Czy dali radę? To trudne pytanie, tak naprawdę startowali z pozycji mniej odpowiedzialnej, nikt nie oczekiwał od nich cudów od pierwszego dnia . Tak jak Krysiak czy Staros – mieli prawo popełniać błędy i byliby trochę inaczej traktowani, gdyby coś im nie wyszło. Przykład? Kuba Staros popełnił jesienią 5 fauli w polu karnym, po których sędzia dyktował jedenastki, po czym wiosną tylko raz przydarzył mu się błąd. Dostał kredyt zaufania, szansę i z miesiąca na miesiąc robił postępy. Bardzo dużo z nim o tym rozmawiałem, czasem trzeba było podejść do sprawy z uśmiechem, aby on nabrał też luzu. Dziś gra znacznie lepiej, bardziej wyrachowanie, nie podpala się na każdą piłkę, przestał być juniorem, a stał się seniorem, ale dopiero kolejny sezon będzie dla niego wyznacznikiem, na jakim poziomie jest. Bo łatwiej wejść na dany poziom niż się na nim utrzymać. Musi teraz udowodnić, że pozycja, którą wypracował, się jemu należy. Oczywiście osoba Starosa była wyjęta jako przykład i przedstawienie pracy, jaką wykonaliśmy wspólnie z zawodnikiem. Koniecznie zwróćmy również uwagę na Mateusza Kwiatkowskiego, który zeszły sezon siedział na ławce w IV lidze i z różnych powodów nie jeździł na rezerwy, a w tym sezonie stał się podstawowym graczem. Miał słaby początek, potrzebował czasu, aby wkomponować się w drużynę, ale odpalił i stał się naprawdę dojrzałym piłkarzem. On przez ostatni rok po prostu wydoroślał, zmienił nastawienie i nam zaufał.

Nie było problemów poza boiskiem? Nie jest tajemnicą, że w wielu klubach młodzież woli się bawić niż trenować.

Nie chcę wyciągać spraw szatni, ale muszę przyznać, że nie było większych problemów, wiadomo zawsze są małe uchybienia od normy, ale ogólnie drużyna sama się trzyma w ryzach. Są zawodnicy, którzy scalają tę drużynę, cały czas pomagają utrzymywać odpowiedni poziom koncentracji, aczkolwiek wiedzą też, kiedy należy poluzować atmosferę. Co nie zmienia faktu, że akurat grający u nas młodzi zawodnicy potrafią się kontrolować. W szatni panuje jasna umowa – jest czas na pracę i skupienie na lidze, ale oprócz tego podczas rundy organizujemy wspólną integrację czy zakończenie. Musi być zachowana równowaga i staramy się to rozłożyć podczas sezonu tak, aby był to najlepszy moment na integrację drużyny. Nie da się 6 miesięcy być cały czas „pod prądem”, potrzebna jest chwila odpoczynku, rozluźnienia, zbudowanie atmosfery i dobrych relacji. Zawodnik nie może żyć tylko z myślą: „praca, trening, mecz”. Musi być czas na reset, należy stworzyć takie warunki, aby nie wpadał w monotonię, bo to jest zgubne i można takiego zawodnika zwyczajnie stracić. Jesienią częściej potrzebne były mocniejsze słowa albo gesty w szatni, żeby zmobilizować młodych do innej gry. Wiosną nie było to konieczne w takim wymiarze.

Nie da się 6 miesięcy być cały czas „pod prądem”, potrzebna jest chwila odpoczynku, rozluźnienia, zbudowanie atmosfery i dobrych relacji. Zawodnik nie może żyć tylko z myślą: „praca, trening, mecz”.

W minionych rozgrywkach nierzadko mieliśmy mnóstwo emocji. Czasem puszczały Ci nerwy – jak w meczu z Pogonią II Grodzisk Mazowiecki, kiedy sędzia wyrzucił Cię na trybuny.

Jestem bardzo spokojną osobą, ale podczas meczu emocje często biorą górę, zmieniam obliczę, choć nie jest to gra – taką mam naturę. Należę do ludzi, którzy bardzo impulsywnie wyrażają emocje, podpowiadam zawodnikom, aczkolwiek często moja ocena różni się od decyzji sędziego i stąd dochodzi do sytuacji kontrowersyjnych, ale to sędzia ma władzę i wyklucza trenera ze strefy technicznej. Wracając do meczu z Pogonią, uważam, że tego dnia sędziowanie było słabe i arbiter nie utrzymał tego meczu, a potem nadrabiał swoje błędy kartkami i wykluczeniami. Problem z sędziami jest taki, że są bezkarni i nawet jak popełnią błąd, to bez konsekwencji dla nich.

Jaki był najtrudniejszy moment tego sezonu? Na pewno nastroje popsuł Wam Grom Warszawa, który zwyciężył 5:0 w Konstancinie i 8:0 w Warszawie. Gdy schodziłeś do szatni w przerwie tego drugiego meczu, było widać, że sam nie wierzysz w to, co się dzieje na boisku.

To prawda, uważam, że Grom piłkarsko zasłużył na awans – mówię to tylko z perspektywy spotkań z nami. Był znacznie lepszy, nie było elementu, w którym byliśmy w stanie ich dogonić i efekt w postaci 13 bramek w dwóch ligowych spotkaniach mówi sam za siebie. To starcie bardzo bolało, ogromnie je przeżyłem, ale co gorsze lawina krytyki, która spadła na zawodników, była dla nich bardzo bolesna. Wyciągnęliśmy wnioski z wiosennego meczu i w kolejnych wyglądaliśmy znacznie lepiej. Najtrudniejszym momentem była seria bez zwycięstwa na początku sezonu, słaba postawa w Pucharze Polski, ale wtedy naprawdę czułem wsparcie prezesa, wiedziałem, że mam jego poparcie, że ścieżka, którą obraliśmy wspólnie i nakreślony przez nas plan na tę drużynę były słuszne, a czas płynął na naszą korzyść. Może jesień pod względem punktowym nie była wspaniała, ale pod koniec zaczęliśmy grać na lepszym poziomie, może nie były to wspaniałe spotkania, jednakże punktowaliśmy.

Później właśnie musiałeś się zmierzyć z nieprzychylnymi opiniami na temat gry KS-u.

Tak, po meczu z Gromem spadła na mnie lawina negatywnych komentarzy, trochę czułem drwinę na plecach, to był dla mnie bardzo ciężki tydzień, ponieważ wiedziałem, że wymiar kary był zbyt mocny, a drużyna nie zasłużyła na to. Starałem się od razu po meczu brać na siebie pełną krytykę i odpowiedzialność. Chciałem wziąć to na swoje barki tak, aby odciążyć chłopaków. Po tym meczu najważniejsze dla mnie było ugaszenie drobnego pożaru w szatni. Zależało mi na tym, aby zawodnicy skupili się wyłącznie na kolejnym przeciwniku, w tym meczu nie można było znaleźć ani jednego pozytywnego fragmentu spotkania. I udało się zagrać z Józefovią niezwykle dobre spotkanie, po którym remis był dla nas powodem do niezadowolenia – byliśmy lepsi i patrząc na sam przebieg meczu, mogliśmy to spotkanie wygrać. Po takich meczach poznaje się charakter zespołu, bo jak zawodnik po takiej porażce nie przychodzi na trening, to po prostu nie nadaje się do gry w drużynie jak nasza. Albo jest za słaby psychicznie i porażka go przytłoczyła, albo ma to w nosie i nie zależy mu na zespole.

A który mecz wspominasz jako najlepszy w Waszym wykonaniu?

Najlepszy? Uważam, że wiosenny mecz z SEMP-em i z Żyrardowem. Mecz z drużyną z Ursynowa to był pokaz naszej dominacji, nie daliśmy im szans w żadnym fragmencie spotkania, kontrolowaliśmy grę, nie dopuszczaliśmy ich do okazji bramkowych i to my strzeliliśmy gole. Po tym meczu wiele osób mówiło, że Konstancin grał jak seniorska drużyna, a SEMP nie wyszedł z juniorów. Właściwie tak to odczuwaliśmy. Żyrardów za to zaskoczyliśmy bardzo agresywnym i wysokim pressingiem, w zasadzie zrobiliśmy to pierwszy raz w takim wymiarze, biegaliśmy pełne 90 minut, a czułem, że mogliśmy jeszcze na drugi mecz wskoczyć i grać na takim samym poziomie. W tych dwóch spotkaniach pokazaliśmy możliwości naszych zawodników, wszystko nam wtedy wychodziło. Starcia z tymi drużynami miały dla nas podwójny smaczek, bo jesienią nie graliśmy gorzej od rywali, a przegraliśmy oba spotkania.

Zwycięski mecz z Żyrardowem
Zwycięski mecz z Żyrardowem

Z czasem w drużynie widać było tzw. „team spirit”. Chłopaki dobrze ze sobą współpracują?

To prawda, od pierwszego mojego dnia w pracy seniorskiej wychodziłem z założenia, że podstawą sukcesu na takim poziomie jest atmosfera w szatni, na treningu i podczas meczu. Oczywiście mamy czas na żarty, ale jest czas na pracę oraz na koncentrację. Bardzo ważne jest dla mnie wzajemne wsparcie w szatni. Sytuacja, gdy młodszy zawodnik może polegać na starszym oraz odwrotnie. Czasem to widać w trudnych momentach. Jest to świetne i wtedy po prostu nie wchodzę w rozmowę, nie przerywam ćwiczenia bądź gry, bo krystalizuje się pozytywna relacja, którą trzeba pielęgnować. Bardzo miło się widzi, jak zawodnicy wchodzą do szatni smutni, a podczas treningu już widać błysk w oczach. Ja jestem osobą bardzo otwartą na zawodników, dla każdego znajduję czas i jestem do dyspozycji 24/7. Dlaczego? Bo każdy piłkarz w drużynie jest dla mnie ważny, często pełnię funkcję ojca, starszego brata, powiernika oraz słuchacza, który nie wyciąga wniosków, ale po prostu pomaga zrzucić ciężar z pleców zawodników. Jest to grupa młodych ludzi i oni potrzebują czuć się potrzebni. Wiadomo, nie zawsze można być dobrym policjantem – czasem muszę zrobić zimny prysznic czy po prostu kogoś zrugać, ale po to, by sprowadzić go na ziemię . Może ktoś powie, że to śmieszne, ale wtykam również nos w edukację młodszych zawodników, co 2-3 miesiące muszą przesyłać do mnie oceny w szkole oraz obecności, tylko dlatego, żeby młodzi mieli bat nad sobą i motywatora do nauki.

Kuba Biernacki daje zespołowi wiele na boisku, ale również i poza nim
Kuba Biernacki daje zespołowi wiele na boisku, ale również i poza nim

Kto w zespole ma największy wpływ na atmosferę?

Kuba Biernacki, Grzesiu Witek oraz „Szczepan”, nasz ostatni nabytek. Dwaj pierwsi to są ludzie, którzy nadają ton szatni, mają wpływ na młodych i cały czas stymulują ich do pracy, ale również dbają o to, aby głowy były w górze, żeby na buziach był uśmiech. Oni potrafią w minutę rozluzować napięcie. „Szczepan” natomiast samym sobą powoduje uśmiech na twarzy, to młody dzieciak, ale potrafi rozładować atmosferę samą postawą czy śmieszną ripostą. Tu jest jeszcze inny aspekt, bo prócz 2-3 zawodników wszyscy to lokalni gracze i ich porażka boli podwójnie. Oni spotykają kibiców na ulicy, dzieci z akademii i muszą patrzeć im w oczy. Jak przegrywają, to przegrana boli dłużej, ale kiedy wygrywamy, to radość jest naprawdę ogromna. To buduje atmosferę, bo drużyna nie składa się z najemników, a swoich ludzi mających herb klubu w sercu.

Jak dużą rolę pełni starszyzna – „Grzela”, „Kaczmar”, „Baggio”?

Ich rola jest ogromna. „Grzelę” znam dobrze prywatnie, razem graliśmy przez ostatnie kilka lat towarzysko, właściwie to mój transfer do klubu. Paradoks – miał grać w rezerwach, gdy trenerem był Mariusz Szewczyk, a ostatecznie zamiast w A-klasie wylądował w IV lidze u Maćka Wesołowskiego. Z „Kaczmarem” miałem okazję grać jeszcze w Mirkowie, a co do Barcikowskiego… nasze losy krzyżują się od 20 lat i chyba potrafię rozpoznać każdą jego minę. Jako jedyny w szatni zna mnie pod wieloma względami. Wracając do ich roli, jest ona bardzo ważna dla całego zespołu, w trudnych momentach potrzeba starszego, aby wziął odpowiedzialność na boisku za drużynę albo żeby po prostu pogadał z kimś z drużyny. Młodzi zawodnicy mają za mały bagaż doświadczeń, czasem nie znają rozwiązań dotyczących sytuacji boiskowych, niekiedy biegają bez sensu i tracą siły, a w ważnym momencie po prostu ich brakuje na boisku. Przykład Kacpra Ciesielskiego, gdy wchodził jesienią – biegał wszędzie i w sumie nigdzie. Na wiosnę to wyglądało znaczenie solidniej i liczę, że za pół roku powiem, że zrobił równie duży postęp.

W następnym sezonie trzon drużyny się nie zmieni?

Trzon drużyny nie ulegnie zmianie, uważam, że będzie jeszcze lepszy. Mamy więcej doświadczenia, jesteśmy o 30 spotkań ligowych mądrzejsi. Wyciągnęliśmy wnioski. Poznaliśmy rywali, wiemy, jak grają i czego musimy się spodziewać, ale co ważne, jak grać, aby wygrywać i być lepszymi. To jest cel naszej drużyny – rozwój! KS Konstancin to drużyna stworzona z lokalnych ludzi i strategia budowania zespołu się nie zmieni!

A jakich transferów można się spodziewać?

Najważniejszym transferem będzie utrzymanie obecnej drużyny, ludzi, którzy tworzą tę rodzinę. Dojdzie do kilku wzmocnień, na pewno chcemy wzmocnić pozycję, na której mamy braki kadrowe i na dziś prowadzimy negocjacje z kilkoma zawodnikami. Mogą być niespodzianki i naprawdę solidne nazwiska z powiatu piaseczyńskiego. Spodziewamy się również, że kilku zawodników może nas opuścić, oczywiście nie bierzemy pod uwagę więcej odejść niż dwa nazwiska, nie możemy pozwolić sobie na rozbicie obecnego szkieletu. Jest zainteresowanie naszą młodzieżą, ale myślę, że żaden jeszcze nie jest gotowy na przejście do wyższej ligi – myślę, że w wyższej lidze niestety czeka ich ławka. Oni potrzebują jeszcze jednego roku –stabilnego w minutach na boisku –, podniesienia poziomu sportowego. Na dziś moim zdaniem nie są gotowi na takie wyzwanie.

Cel na najbliższy sezon to…?    

Tak jak w poprzednim sezonie, tak i dziś chcemy walczyć o wszystko, o awans i o czołową lokatę. Po to startujemy w rozgrywkach, aby wygrywać. A jak będzie, czas pokaże. Chcemy wygrywać, chcemy się rozwijać i być pazerni na punkty.

Rozmawiał Rafał Lipski