Marcin „Rocky” Rosłonek to niewątpliwie jedna z najbardziej barwnych postaci konstancińskiej piłki. Gorąco zapraszamy do lektury wywiadu z naszym doświadczonym bramkarzem – ciekawych historii nie brakuje.

Jakie to uczucie być pierwszym bramkarzem?

Jasne, że fajne, bo jednak trenujesz po to, żeby grać. Mecz to już ta fajna adrenalina i emocje. Bardziej też przeżywa się porażki lub cieszy ze zwycięstw, gdy było się „na placu”. Dzięki temu też treningi sprawiają mi jeszcze więcej przyjemności.

Ponoć kiedyś przegrywałeś rywalizację z zawodnikiem, który zasłaniał połowę bramki…

Nie przypominam sobie. Czarek Osuch nie zasłaniał, miał tylko wzrost… Za dzieciaka był taki jeden bramkarz, który miał bardzo dużą nadwagę, ale z tego co pamiętam, raczej nie grał.

Z kim rywalizowałeś na bramce za czasów dzieciństwa?

Dużo było tych zawodników, to już czasy, można powiedzieć, prehistoryczne. Jak widać, nikt się nie ostał. Tylko Przemek Ryczko, ale on grał w starszym roczniku.

Czy jak byś się cofnął w czasie, to ponownie zacząłbyś grać w piłkę?

Zdecydowanie tak. Dała mi ona bardzo dużo. Poznałem naprawdę wiele osób, wywiązały się ogromne ilości znajomości. Dzięki piłce praktycznie udało mi się uporać z astmą, na którą byłem chory prawie od urodzenia. Dzięki treningom w młodym wieku bardzo rozbudowały mi się płuca, co pozwoliło opanować tę chorobę.

Przypuszczam, że uchroniła mnie też od innych rzeczy. Gdy dorastałem, nasze osiedle (Mirków) nie cieszyło się dobrą sławą. Ludziom w moim wieku przychodziły przeróżne rzeczy do głowy. Kilku kolegów z zespołu poszło w mocne używki, które były niestety modne w tamtych czasach. Jeden niestety nawet nie żyje. Ja się na szczęście uchowałem.

Poza tym wychowałem się jeszcze w tych czasach, gdy cały czas wolny spędzało się na dworze. W wakacje grało się od rana do zmroku, z przerwą na obiad. Prawie wszyscy chłopcy z okolicznych bloków chociaż chwilę trenowali w klubie, niektórym szybko się nudziło, inni zostali dłużej, na lata. Gdybym cofnął czas to na 100 procent ponownie znalazłbym się w tej drugiej grupie.

Treningi dzieciaków za Twoich czasów i obecnych bardzo się różniły?

Różnica jest diametralna. W tej chwili widać większy profesjonalizm i świadomość. Wiadomo, że jest też dużo większy dostęp do różnych nowinek. Trenerzy mają większą możliwość dokształcania się.

Jest też różnica in minus. Obecnie widać, że niektórych dzieciaków muszą mobilizować rodzice, aby przyszli na trening. Nieraz jest tak, że to bardziej rodzic niż dziecko chce, aby ten grał w piłkę. W moich czasach (lata dziewięćdziesiąte) rodzice praktycznie nie „mieszali” się w nasz czas wolny. To my musieliśmy sami go sobie zorganizować.

Dzień treningu najczęściej wyglądał tak, że szybko odrabiało się lekcje i samemu biegło do klubu. Jak trening był np. o godz 16 to o 14 prawie wszyscy już byli w klubie. Najpierw śmiechy w szatni, potem jakaś gierka lub strzały przed treningiem. Po treningu też najczęściej jeszcze musiała minąć z godzinka, zanim wszyscy się rozeszli do domów.

Kiedyś grałeś także w tenisa.

Mój tata pracował w klubie na basenie i miałem darmowe wejście. Nie byłem wielkim talentem, ale trafiałem w piłeczkę. Grywałem tylko dla zabawy w wolnych chwilach. Częściej na korcie byłem chyba jednak wtedy, gdy trzeba było biec po wybitą piłkę „od nogi” podczas treningu albo gierki, bo korty były od razu za boiskiem treningowym.

Trzymasz może jeszcze Mazowszankę w garażu?

Hahaha, nie, już wszystkie wypiłem. Zostały tylko skrzynki z pustymi butelkami i nie wiem, co z nimi zrobić, bo nigdzie nie chcą ich przyjąć 😉 Za czasów gry w Mirkowie była to taka woda w szklanych butelkach, mocno gazowana i właśnie to się wtedy piło. Mam za to ciągle kilka pamiątek z RKS-u – gdzieś mi się uchowała koszulka w pasy à la Juventus, kiedyś miałem jeszcze koszulkę z napisem „Pogoń Konstancin”, jakieś puchary za awans.

Jak oceniasz połączenie nowego RKS-u Mirków ze Skrą Obory?

Myślę, że miało to sens, Skra słabiej wtedy prosperowała, a RKS miał problem związany z obiektem, więc wydawało się to logicznym posunięciem. W końcu przez pewien czas poziom piłkarski był dużo wyższy, niż gdyby kluby funkcjonowały oddzielnie. Przypuszczam, że gdyby Łukasz utrzymał to jako RKS, może byśmy doszli do takiego poziomu, ale nie w takim czasie.

Pytanie od Mariusza Szewczyka: jak to jest wyjść na imprezę, mając 50 złotych, a wrócić z 70?

To on powinien odpowiedzieć na to pytanie, bo ja raczej nie miałem takich sytuacji. Albo byłem aż tak zadowolony, że nie pamiętam…

W takim razie skąd u Ciebie pseudonim „księgowy”?

Zawsze bardzo dobrze operowałem min. składkowymi pieniędzmi. Gdy jechaliśmy na jakiś mecz, który odbywał się daleko od domu, był pewien budżet z klubu na sam obiad i zawsze udawało mi się zorganizować tak, że w lokalu mieliśmy: obiad, coś do picia z pianką i jeszcze coś ze stacji na powrót, a i faktura jakoś zawsze się zgadzała. Każdy był zadowolony. Raz tylko „Raku” mniej, bo omyłkowo zapłacił podwójnie 🙂

Z którym zawodnikiem zawsze najbardziej się trzymałeś? Z którym najlepiej Ci się grało, imprezowało?

Najlepsze imprezy to pewnie z Mariuszem, ale ogólnie wszystkie integracje, zakończenia i wyjścia do klubu całą drużyną bardzo fajnie wspominam. Natomiast co do grania, to nie miałem nigdy wybranych takich pojedynczych osób, tyle lat gram, że sporo się tych ludzi przewinęło. W danym roku najlepiej mi się grało z takim zawodnikiem, a później z innym – ciężko operować nazwiskami. Na pewno najlepszy kontakt miałem z bramkarzami, bo w końcu z nimi spędzałem większą część treningu. Z żadnym nie robiliśmy też sobie na złość np. ze względu na rywalizację, z czego się bardzo cieszę.

Która drużyna z Konstancina była najmocniejsza pod względem umiejętności?

Na pewno KS ocierający się o III ligę i Skra za czasów Maszki, i Pawlaka, jeśli dobrze kojarzę, bądź też Kobzy, która tez była w czubie tabeli. Wydaję mi się, że piłkarsko jednak lepszy był skład KS-u.

Najlepszy zawodnik, z którym grałeś? Ewentualnie ktoś, kto miał potencjał, ale go nie wykorzystał.

Przez tyle lat tych nazwisk trochę się przewinęło. Najpierw odpowiem na drugą część pytania: szkoda, że Czarek Osuch nie gra gdzieś wyżej, tak samo Marcin Rawski – grał w Polonii Warszawa, w Legionovii. Szkoda, że nie przebił się jeszcze wyżej. Myślę, że Mariusz Szewczyk  czy Marcin Szymański też by więcej osiągnęli, gdyby nie kontuzje. Szkoda mi „Sancza” i nieżyjącego Ś.P. „Bomby”. No i Krawiec miał papiery na dużą piłkę. Natomiast najlepsi zawodnicy? Na pewno też ci powyżsi. Do tego dodałbym choćby Przemka Ryczko, Andrzeja Kacprzaka, Maćka Rybaczuka, Michała Madeja i pewnie jeszcze z dziesięciu bym tak mógł wymienić.

Najlepszy zawodnik, przeciwko któremu grałeś?

Teraz to mnie zabiłeś, bo nie mam takiej pamięci do nazwisk i meczów, szczególnie do przeciwników. Nie wiem… Może Lewandowski! Ale wtedy jeszcze nie był najlepszy 🙂 Jeśli dobrze kojarzę, kiedyś grałem w drugiej drużynie Skry i graliśmy przeciwko drugiej ekipie Znicza Pruszków. To było wtedy jeszcze małe chucherko.

Z którym trenerem Ci się najlepiej pracowało?

Żadnego na pewno nie wspominam źle. Nigdy chyba nie miałem poważnej scysji z żadnym trenerem. Zawsze byłem ugodowy, jak było coś nie tak, to starałem się wyjaśniać. Najlepiej dogadywaliśmy się chyba z Mariuszem Szewczykiem.

Tak na marginesie przypomniał mi się z czasów juniorskich jeden sympatyczny trener, który dostał od nas pseudonim „Frytek”. Było to związane z tym, że na trening sam taszczył sprzęt dla całej drużyny, ale nie było to trudne, bo po prostu przychodził z jedną piłką pod pachą. Pytał się, czy już wybraliśmy składy, rzucał piłkę i szedł po frytki do baru przy basenie.

Myślisz, że gdyby Mariusz został wtedy na stanowisku trenera w IV lidze, to wszystko potoczyłoby się inaczej?

Myślę, że tak. Przypuszczam, że udałoby się uniknąć spadku. Mogłoby być lepiej, niż się stało, ale to jest kwestia gdybania.

Czułeś się gorszy pod względem umiejętności od Czarka Osucha?

Pewnie trochę tak. Jednak te umiejętności miał, ma i posiada też naprawdę dobre warunki fizyczne.

Zdarzało mu się puszczać głupie bramki.

Ale chyba mało. Mi się zdarzało przez całą przygodę z piłką na pewno dużo więcej. Najczęściej starałem się o nich szybko zapominać. Gdzieś tam ręką źle machnąłem, tu piłka mnie przelobowała, bo, jak na bramkarza, brakuje mi jednak parę centymetrów. Trochę tych brameczek by się nazbierało 🙂

Mecz, na którym się najbardziej stresowałeś?

Myślę, że Radomiak Radom na wyjeździe. Radomiak był wtedy świeżo po spadku z I albo z II ligi, został relegowany do IV ligi chyba z powodów finansowych i miał bardzo mocny skład. Wszystkie zespoły jechały tam jak na ścięcie, inna atmosfera na stadionie, tam jest 2-3 tysiące ludzi, szalikowcy śpiewy itp. Wtedy zostałem także obdarowany opaską kapitana.

A jak teraz Ci się podoba Twoja rola w szatni?

W szatni czuję się bardzo dobrze, atmosfera jest znakomita, jedna z lepszych, jaką miałem możliwość mieć. Nie pełnię roli jakiegoś mentora, często się nie wypowiadam, chyba że podczas jakichś śmiesznych sytuacji. Oczywiście, jak mam jakieś uwagi, to je przekazuję w szatni lub na boisku. Jest kilku starszych zawodników czy Kuba Biernacki, którzy  trzymają szatnię w ryzach. Zawsze staram się podpowiadać młodszym zawodnikom z pola i bramkarzom.

Najgorsza kontuzja, jaką miałeś?

Tych kontuzji było dużo. Najbardziej poważna – w Sochaczewie dostałem kolanem w głowę. Całkowicie zamroczony dograłem pierwszą połowę, po przerwie przewieziono mnie karetką do Warszawy. Okazało się, że miałem pękniętą kość czołową. Naderwane więzadła, zwichnięty bark – to inne.

Kto Cię woził na treningi, zanim zrobiłeś prawo jazdy?

Zawsze sobie jakoś organizowałem ten transport – Tomek Trzewik mnie woził, wcześniej Mariusz Szewczyk. Różnie, czasem tata mnie zawiózł, a i zdarzyło się, że na piechotę przyszedłem.

Pytanie od trenera Madeńskiego: czy przez cały tydzień trenujesz w jednym stroju bramkarskim?

Nie. Na każdy trening mam czyste ciuchy. Jest taki żart, że „nie chce mi się rzucić, bo oszczędzam dres na następny trening”. Ubrudzę się, ale, ze względu na doświadczenie, zdarza się być czystszym po treningu.

Co zabierasz do kieszeni bluzy, kiedy jesteś rezerwowym?

Bardzo często miałem ze sobą jakieś małe słodkości. Cukierek, czekoladka itp. Lubiłem sobie coś przekąsić w przerwie. Często też inni na tym korzystali 🙂 Wiadomo, 90 minut na zimnie.

Skąd się wziął pomysł powrotu?

Wróciłem do Konstancina i Michał Madeński poprosił mnie o pomoc, ponieważ istniał problem, że w pewnym momencie nie było żadnego bramkarza. Nie było ani Kamila, ani Kuby. Powiem szczerze, że nie chciało mi się nawet za bardzo wracać do piłki, bo mnie nie ciągnęło, ale postanowiłem, że pomogę. Po jednym treningu, 2 latach nicnierobienia, zagrałem i zacząłem normalnie trenować.

I teraz jesteś numerem 1 w bramce. Jak się zapatrujesz na kolejną rundę?

Jakoś się udało i teraz cieszę się grą. Wystarczy wrócić do odpowiedzi na pierwsze pytanie. Udało mi się stracić kilka centymetrów w pasie. Zaowocowała też sumienność na treningach bramkarskich. Natomiast, jeśli chodzi o przyszłą rundę, to po ostatnich wynikach i ogólnie sposobie gry możemy możemy patrzeć na nią z lekkim optymizmem. Nasza gra wygląda dużo lepiej niż na początku sezonu. Nastawienie w zespole jest mocno bojowe. Ważne będzie dobre przygotowanie do rundy i pierwszy mecz na wiosnę o tzw. 6 punktów z Chlebnią. Na pewno będziemy walczyć do ostatniego gwizdka ostatniego meczu w sezonie. To mogę obiecać.

Do jakiego wieku planujesz grać?

Kiedyś planowałem grać dotąd, aż nie przestanę czerpać radości z futbolu. Kiedy wyjechałem do Teresina, przestałem czuć tę radość, nie ciągnęło mnie na boisko. Od dziecka byłem w trybie treningowym, a potem, kiedy przerywasz coś nagle, czegoś brakuje. Mi przestało już brakować tego zapachu trawy itp. Stwierdziłem, że to już ten czas. Jednak stało się inaczej. Choć po powrocie na pierwszych treningach byłem, bo byłem, ale po jakimś czasie zacząłem znowu odczuwać tę satysfakcję z treningów. Znów pojawił się ten zapał, chęci, radość z treningu i gry. Nie zastanawiam się teraz, ile jeszcze będę grał, czy to będzie pół roku, rok, czy jak Gianluigi Buffon do ponad 40 lat. Nie mam pojęcia. Na ile pozwoli zdrowie, czas i chęci oraz do kiedy będzie ta powyższa radość z gry.

Dlaczego nie chcesz trenować dzieci?

Nie czuję takiej frajdy z prowadzenia treningów z całą drużyną jak z treningów bramkarskich. Myślę, że nie mam też teraz aż takiej świeżej wiedzy, bo nie szkolę się w tym kierunku. Samo obcowanie z dzieciakami – np. na obozach czy tak jak teraz w Czechach – czy też samo pomaganie w treningach oczywiście. Natomiast jakoś nie czuję w tej chwili potrzeby bycia samodzielnym trenerem. Dużo większą satysfakcję czerpię właśnie z treningów bramkarskich z dzieciakami. To mi się zawsze podobało, mocno się do tego przykładałem i przygotowywałem. Lubiłem, jak dzieciaki schodziły zadowolone z treningu, ale też świadome każdego ćwiczenia, jednakże na chwilę obecną mamy bardzo dobrego trenera bramkarzy, który wykonuje kawał dobrej roboty.

Rozmawiał Rafał Lipski