Musimy grać do jednej bramki, cz. 1

Łukasz Kamiński

Zapraszamy do lektury pierwszej części wywiadu z Łukaszem Kamińskim. Prezes KS Konstancin opowiedział Rafałowi Lipskiemu o rozstaniach w klubie, konflikcie z działaczami Skry oraz wyjeździe do Alicante.

Wchodząc do pokoju trenerów pierwsze, co się rzuca w oczy, to Twój portret z podpisem „I love Fidel”. To zwykły żart czy może taki symbol, że jesteś w klubie dyktatorem?
To akurat przypadek, że on tam wisi. Dwa lata temu miałem urodziny i wtedy zrobiliśmy takie plakaty w celu wystrojenia pokoju, w którym te urodziny się odbywały. Nie miał żadnego celu. Nikt go nie zdjął, czyli krótko mówiąc, nikomu nie przeszkadza to, że on tam wisi. Tam też są moje zdjęcia z obozu z chłopcami. Ten klub to w dużej mierze moje życie i bardzo się przykładam, żeby zrobić rzeczywiście fajny, zorganizowany i przykładny klub. Mimo że tak naprawdę to jest działanie czysto społeczne, ale jak mówię, wkładam tu ogromne serce. Trenerzy, zespół, który tutaj mamy, myślę, że tak samo wkładają kawał serca w to wszystko, co robią. Dzięki temu udało się nam stworzyć to, co widać. To nie jest z przypadku, bo zaczynaliśmy od zera i osiągnęliśmy razem dużo. Wiadomo, można jeszcze więcej, ale trzeba popracować. Potrzebny jest czas. A sam plakat nie symbolizuje nic istotnego, po prostu został powieszony po urodzinach i wisi do tej pory. Na pewno nie jestem dyktatorem, choć w pewnych kwestiach jestem zdecydowany.

Nie ingerujesz czasem w skład?
Nie, nigdy. Nigdy nie zdarzyła się taka sytuacja, chociaż chodziły takie plotki po Warszawie w światku piłkarskim. Niestety ktoś kiedyś naopowiadał takich kłamstw, ale nigdy nie ingerowałem w to. Oczywiście w skład, jeśli chodzi o kadrę przed sezonem, dobieranie ludzi do zespołu to jak najbardziej, bo o tym musi decydować też zarząd klubu, a nie pojedynczy trener, dlatego że trener jest i potem może zostać zwolniony, a następnie za nim odejdzie cały zespół, dlatego że byli to „jego” ludzie. W klubie musi być zapewniona ciągłość. Zawodników do klubu musi dobierać też zarząd. Oczywiście trener musi tu mieć swoje zdanie, nie wolno ściągać zawodnika, którego on nie chce, ale musi być współpraca pomiędzy trenerem a zarządem, jeśli chodzi o dobór kadry przed sezonem.

Jak wyglądała sytuacja z Adrianem Szewczykiem i jego odejściem?
To trudna sprawa. Przede wszystkim zagłębianie się w szczegóły może tutaj spowodować niepotrzebny, ponowny ból. Nie chcę za bardzo rozdrapywać starych ran. Był okres, w którym dość duże zmiany zachodziły w naszym klubie. To był trochę efekt domina i Adrian był takim jakby pierwszym klockiem, który rozpoczął te domino. Ogólnie była taka sytuacja, że zarząd klubu uznał, że Adrianowi podziękujemy za współpracę z dziećmi (jako trener dzieci rocznika 2001) z tego względu, że na tamten moment uznaliśmy, iż potrzebny jest ktoś inny w naszej akademii. Tutaj był w klubie duży rozłam przez to, że klub był tylko rok czasu od tego, jak się połączył ze Skrą i zarząd był zróżnicowany. Częściowo byliśmy my i działacze ze Skry. Zdarzało się dużo nieporozumień, dużo jakichś takich niepotrzebnych animozji i walki o władzę w klubie, a niestety właśnie, wracając do tego dyktatora, w dobrze funkcjonującym klubie zawsze powinna być jedna osoba, która nadaje tor. Bo jeżeli jest to więcej osób, to wtedy niestety są rozgrywki polityczne, a to potem nie wychodzi dobrze dla całego klubu – dla dzieci, dla zawodników seniorów – to się na nich odbija. I krótko mówiąc, to wszystko spowodowało, że Adrian trochę został może i pokrzywdzony całą tą sytuacją, ale tak wyszło. Czasu nie cofniemy. On odbierał to bardzo osobiście, a to nie było nic osobistego, absolutnie. Szkoda, że zareagował tak od razu bardzo stanowczo, bo może później dałoby radę to jakoś odkręcić. Może wyszedłby na tym lepiej. Jakby zaszły te późniejsze zmiany, to możliwe, że sytuacja wróciłaby do normalności. Adrian zareagował bardzo stanowczo i wprowadził tu w klubie pewien bunt, a niestety klub jako całość to też jest zespół, to nie są tylko zawodnicy pierwszej drużyny, ponieważ seniorzy to odrębny mały zespolik w całym klubie, a cały klub to też musi być zespół tak jak drużyna na boisku. I albo wszyscy grają do jednej bramki, i wtedy robimy postęp, jest progres, albo każdy sobie ciągnie w swoją stronę. Wtedy nic nie wyjdzie, nic nie zrobimy. Musimy wszyscy sobie zdawać sprawę, że potrzebna jest jakaś pewna lojalność wobec siebie, wszyscy wobec siebie. To bardzo istotne w tym wszystkim. Lojalność, zaufanie, to są te rzeczy, które pomiędzy trenerami wszystkich grup, pomiędzy zarządem a trenerami, zawodnikami, rodzicami, muszą istnieć, bo jeżeli każdy będzie próbował wyciągnąć coś dla siebie i będzie tylko patrzył na czubek swojego nosa, żeby jemu było jak najlepiej, i żeby on miał jak najlepiej, to po prostu jako całość, jako zespół to nie pójdzie w dobrą stronę. Zawsze byłem zwolennikiem gry zespołowej i piłka nożna to idealny przykład takiej gry nie tylko na boisku, ale także poza murawą. Musimy grać zespołowo jako klub. W tamtym okresie, niestety nikt nie grał zespołowo i musiał być ktoś, ko pewne ruchy zrobi. Wyszło na mnie, bo mam taki charakter, że nie boję się podejmować decyzji, nie boję się walczyć o swoje i potrafię o to walczyć bardzo mocno, więc niestety w pewnym sensie ja zostałem tym złym. Przyzwyczaiłem się do tego, że tak jest, ważne żeby wychodziło to na lepsze dla ogółu w klubie.

Mógłbyś jeszcze rozwinąć temat konfliktów w klubie? Dlaczego ci działacze ze Skry musieli odejść, o co chodziło z tym zamieszaniem?
Tam były rzeczywiście trochę rozgrywki polityczne, bo niektórym działaczom ze Skry nie odpowiadało to, co robimy, mimo tego, że wszystko zmieniało się na lepsze. Powstały łapacze na boiskach, oświetlenie, płotki, nie mówiąc już o sprzęcie piłkarskim, w ogóle dzieciach, ilości zawodników. Przecież tego wszystkiego tutaj nie było. Wszystko zmieniało się na lepsze, a mimo to nie wszystkim to odpowiadało, bo oni do tej pory korzystali z klubu jako dodatkowej formy zabawy. Ja wiem, że znowu będę ten zły, po tym co mówię, ale tak po prostu jest i nie można zakłamywać rzeczywistości. Było to dla nich miejsce spotkań na piwo czy plotek, bo piłkarze potrafili po rok nie otrzymać żadnego stypendium. Trzeba mówić tak, jak jest i niestety tutaj wielokrotnie ta prawda jest zakłamywana w różnych aspektach, ale tak było. Po sytuacji z Adrianem ten konflikt trochę narósł, bo zarząd jednogłośnie zadecydował o zwolnieniu Adriana, a potem nagle zaczęły się jakieś podjazdy, jakieś przeciąganie liny. Wiadomo, że to była trudna sytuacja, ponieważ Adrian jest tu z Konstancina i był z tym klubem związany od zawsze, a tacy ludzie w tym klubie są i będą potrzebni, i nie ma co się oszukiwać. On z pewnością teraz by w naszym klubie się bardzo przydał, na pewno by wniósł wiele fajnego jako zawodnik oraz trener, ale dopiero w klubie funkcjonującym tak jak teraz, a nie tak jak wtedy. W czasie sytuacji z Adrianem pojechaliśmy z Michałem Madeńskim i z Maćkiem Wesołowskim na staż do Herculesa Alicante. Pobyliśmy tam tydzień, dużo rozmyślałem o tej sytuacji, rozmawiałem o tym sporo z trenerem Pachetą, który powiedział mi wiele ciekawych słów, między innymi o tym, że należy stawiać na swoim, jeżeli to jest dobra zmiana i że niestety niektórych ludzi od sportu trzeba odciągać nawet siłą. I po powrocie z Hiszpanii postanowiłem, że zadziałam tak, jak trzeba, czyli postawię wszystko na jedną kartę. To było tak, że albo część zarządu sobie odpuści, albo ja odpuszczę. Uważam, że w tej sytuacji wielki szacunek należy się tym osobom za to, że się zachowały tak, jak się zachowały i pozwoliły nam wszystkim działać. Myślę, że w innym wypadku ta drużyna już by była na dzień dzisiejszy w okręgówce i dalej by zmierzała w dół. Prawdopodobnie nie byłoby tych trenerów dzieciaków tutaj, gdyby efekt tych rozmów był inny niż się stał. Myślę, że byłoby rzeźbienie, próbowanie zrobienia czegoś z dnia na dzień, bez żadnej idei, a w sporcie musi być idea. W klubie musi być idea, musi być wyznaczony cel. Musi być determinacja w dążeniu do zrobienia czegoś lepszego, bo tak naprawdę na tym polega sport. Polega na podnoszeniu sobie poprzeczki coraz wyżej, a także osiąganiu coraz więcej.

Jakie są Twoje relacje z trenerami?
Relacje mamy bardzo dobre. Nasz zespół trenerów jest bardzo młody, więc oni są wszyscy w moim wieku i to jest fajne, bo dogadujemy się świetnie. Nie ma żadnych niepotrzebnych barier pomiędzy nami. Jednakże każdy zna swoje granice i wie, gdzie jest koniec pewnych działań, ale staramy się to tak układać, żeby wszyscy byli zadowoleni. Trenerzy zawsze mają zebrania raz na miesiąc, czasem dwa razy w miesiącu. Zebrania mają różną formę, czasem jest to wyjście do restauracji, a czasem po prostu zebranie w klubie, gdzie omawiamy konkretne rzeczy – co należy w najbliższych dniach albo najbliższym czasie zrobić, jakie przedsięwzięcia podjąć itd. Myślę, że tu udało się stworzyć kapitalny zespół trenerów, którzy chcą coś zrobić i wiele osiągnąć, a wydaje mi się, że trenerzy mają dobre relacje ze mną. Ale jak mówiłem wcześniej, czasem pewne sprawy trzeba postawić jasno i niekiedy są sytuacje, gdy trzeba powiedzieć, że coś zostało zrobione źle. Jeżeli nie ma też funduszów, nie możemy czegoś zrealizować, to nie ma co też dyskutować. W pewnych chwilach trzeba pewne sprawy postawić jasno, ale wydaje mi się, że każdy to rozumie. Zresztą bardziej z trenerami współpracuje Michał Madeński niż ja, ja jestem tutaj bardziej dla nich taką radą. Tak już sobie to poukładaliśmy, żeby to „Madej” więcej pracował z akademią, bo nie da się niestety wszystkiego zrobić samemu. Bardzo chętnie pomagam, jeżeli mają problem. Wspieram. Zajmuję się bardziej takimi kwestiami czysto organizacyjnymi, kontaktami ze związkiem, organizacją obozu niż kwestiami sportowymi, ale myślę, że generalnie jest wszystko w porządku. Szczerze powiedziawszy, każdy z nich jest młodym trenerem i cieszę się, że oni rozwijają tę swoją pasję z tego względu, że nieskromnie mówiąc, wielu z nich to ja namówiłem, aby zajęli się trenowaniem. Michał Madeński poszedł na kurs trenerski parę lat temu, bo ja go na to namówiłem i nawet wspólnie z nim byłem na tym kursie, razem go zdaliśmy. Sebastian Zgódka też po rozmowie ze mną poszedł na kurs i zaczął pracować z dziećmi. Wielu jest takich trenerów. Ci młodzi chłopcy asystenci jak Tomek Trzewik, Krzysiek Kucharski czy Szymon Borecki też zostali trenerami po rozmowie ze mną. Oni grali w piłkę i doradziłem im, że może warto, żeby się zajęli trenerką. Spodobało im się to i rozwijają dalej swoją pasję do piłki nożnej, tylko w trochę innej roli, co jest super. Mam nadzieję, że uda nam się jeszcze parę takich osób z fajnymi charakterami namówić do pracy z dziećmi.

Teraz nadszedł czas na takie „standardowe” pytanie. Nie brakuje Ci czasem Macieja Wesołowskiego?
Rzeczywiście, każdy dostał takie pytanie. W sumie spodziewałem się tego. Na pytanie mógłbym odpowiedzieć bardzo krótko i prosto, że tak – brakuje. Ale nasze ścieżki niestety się rozeszły. Z powodu jakichś nieporozumień pomiędzy nami. Obaj mamy ciężkie charaktery, obaj jesteśmy pewni siebie i zdecydowani w swoim działaniu. I pewni swego zdania. Nawet jak jesteśmy w błędzie, to bronimy go do końca, do ostatniej kropli krwi można powiedzieć. Niestety te drogi się rozeszły, chociaż nie musiały. Maciek też jest młodym trenerem i sytuacja po tym, jak został zwolniony z funkcji trenera pierwszego zespołu spowodowała, że on jakby czuł się trochę urażony tym faktem i to mu podcięło skrzydła, stracił motywację do pracy. Dzięki temu, że odszedł, to tę motywację z pewnością odzyskał i dla niego to wyszło na dobre. Ciężko powiedzieć, czy jakby tu był dalej, to ta motywacja by do niego wróciła. Możliwe, że nie i raczej by nie sprawiało mu to przyjemności. Dzięki rozstaniu wróciła do niego pasja do piłki nożnej. Ale jak mówię, też mógł tutaj do pewnych rzeczy podejść bardziej spokojnie. Niestety, drużyna seniorów cechuje się tym, że tutaj zawsze rozliczają cię wyniki. O ile z pracy z dziećmi u nas w klubie nikt nie rozlicza za wyniki, bo to byłby jakiś absurd, tutaj liczy się praca z dziećmi, rodzicami, o tyle w seniorach zawsze każdy będzie rozliczał z wyników. Bo one są najważniejsze i to jest normalne. W niektórych klubach jest właśnie tak, że trenerzy dzieciaków są rozliczani za wyniki, a w seniorach nie. Jest wiele takich sytuacji, można by je mnożyć i to jest jakaś totalna głupota. A u nas wydaje mi się, że to ma ręce i nogi, jeśli o to chodzi. Niestety wyniki Maćka w pewnym momencie były takie, a nie inne. Miał 10 meczów bez zwycięstwa. I niestety, efekt tego musiał być taki, jaki był. Po tej całej sytuacji z seniorami Maciek się trochę pogubił, nie wiedział, co ma robić. Wiadome jest, że trafił na okres, gdy byliśmy beniaminkiem w IV lidze i teraz możliwe, że by mu się pracowało dużo łatwiej. Każdy z nas się uczy i każdy z nas po jakimś czasie wie więcej. Na pewno miał dużo słabszą kadrę niż jest teraz, dużo mniejsze możliwości, ale niestety na taką sytuację natrafił. Teraz trener ma dużo lepszą sytuację kadrową, organizacyjną itd. Ma dużo łatwiej i wygodniej pracować. Ale raz jest lepiej, raz jest gorzej. Uczyliśmy się tego wszystkiego. Co nie zmienia faktu, że zawsze to wyniki rozliczają. Trenerem został Mariusz i miał 11 zwycięstw z rzędu, a dysponował jeszcze słabszą kadrą, bo było wtedy wiele kontuzji, a nawet na mecz z Karczewem jechaliśmy w 12, z czego zawodnik rezerwowy był kontuzjowany i jeszcze musiał wejść na boisko z kontuzją. Także dało się. Drużynie myślę, że wyszło na dobre. Potrzebowali może trochę innego podejścia, a klubowi… no szkoda, że Maciek opuścił akademię, ale tutaj niestety nie dało się inaczej tego rozwiązać. On sam zrezygnował. Myślę, że nie ma co rozdrapywać ran.

Dobrze, to idźmy dalej z rozstaniami. A nie tęskno Ci za Tonim? Bardzo Wam pomagał tutaj w KS-ie.
Cały czas kogoś brakuje (śmiech). Z Tonim mam kontakt cały czas, z Maćkiem zresztą też i wielokrotnie z nim rozmawiam o różnych sprawach. Z Tonim może trochę mniej, bo on teraz dużo pracuje. Jest kucharzem z zawodu i pracuje w Warszawie w restauracji francuskiej. Nie ma zbyt wiele czasu, żeby przyjechać. Myślę, że on nam tutaj sporo pomagał, wprowadzał sporo takiego pozytywnego myślenia. W szczególności dużo rozmawiał z chłopakami i ich motywował do pracy. Potrafił dotrzeć do tych, do których ciężko ma dotrzeć trener, ja czy inni członkowie klubu, a są tacy zawodnicy. Potrafił dotrzeć do piłkarzy z trudnymi charakterami. On ogólnie motywował nas tu do pozytywnej zmiany, był tutaj, dużo rozmawiał i próbował zostawić trochę pozytywnej energii. Niestety, ten czas już minął i teraz próbujemy dalej robić to sami i mam nadzieję, że w końcu nas odwiedzi tutaj u nas na boisku – bo był na razie na meczu z Hutnikiem na wyjeździe. Ale wierzę, że przyjedzie i zobaczy, że dalej robimy tę pozytywną zmianę, którą on cały czas nam zaszczepiał. Mam nadzieję, że go korzystnie zaskoczymy. Uważam, że dużo fajnego nam wszystkim powiedział, dużo fajnych rzeczy nam pomógł zrobić. Nawet takich nieistotnych jak ta tablica (tablica ze zdjęciami zawodników w gabinecie prezesa). To był jego pomysł, taką tablicę ma u siebie prezes Korony Kielce. Troszkę nieaktualna na dzień dzisiejszy, ale w każdym bądź razie ona tu wisiała pusta długi okres czasu. Teraz ta tablica ma zdjęcia zawodników. To niby błahostka, a w sumie miła rzecz dla zawodników. Należy ją uaktualnić, ale trochę brakuje czasu z tym wszystkim, żeby to zrobić. Brakowało zdjęć nowych zawodników, teraz one są, ale myślę, że ją uaktualnimy dopiero na nowy sezon. Możliwe, że niektórych zdjęć nie trzeba będzie wyrzucać, bo niektórzy zawodnicy wrócą do nas.

Jak Michał Prażuch?
Michał strzelił bramkę przeciwko nam. Karnego nie trafił, bo Czarek go wyczuł. Tak, mam nadzieję, że Michał wróci do naszego zespołu. Troszkę się odbudował sportowo z pewnością, ale myślę, że był też dobrym duchem w zespole i trochę go brakuje. Niektórzy nie potrafią wejść w zespół charakterologicznie, a on jest członkiem tej drużyny i chciałbym, żeby wrócił. Uważam, że trener też tego chce. Mam nadzieję, że to nam się uda.

Wracając do Toniego, załatwił testy Cezarego Osucha do Korony. Pamiętasz, jak to z tym było?
Toni trochę w tym pomógł, aczkolwiek tutaj trochę ja zdziałałem, ponieważ to ja nękałem codziennie telefonami dyrektora sportowego – Arkadiusza Bilskiego, aż w końcu wywalczyłem te testy. Pewnie gdybym go tak nie męczył, to by się nie udało. Historia była ciekawa z tego względu, że gdy Czarek był na testach w Koronie, to znajdowali się tam też: Wojtek Małecki, Zbyszek Małkowski i Litwin Cerniauskas. Czarek najlepiej się prezentował z tych wszystkich bramkarzy, jedynie Zbyszek Małkowski też wypadał super, ale reszta bramkarzy odstawała od Czarka. Wtedy jeszcze nie było trenera Brosza, treningi prowadził Tomek Wilman. Był zdecydowanie najlepszy, a mimo to, Czarka nie chcieli wziąć i ściągnęli Dariusza Trelę, który też nie prezentował się fenomenalnie. Następnie byliśmy w Kielcach na obozie z dzieciakami i porozmawiał z nami pewien pracownik klubu. Spytał się, czy Czarek został w Koronie. Mówimy mu, że nie i od razu się nas zapytał, czy Czarek ma menedżera. Odpowiadzieliśmy, że nie ma. I wtedy stwierdził: „To nie dziwne, że go nie wzięli. Jakby miał menadżera, to na 100 procent by tu u nas w klubie był”. Tam też są układy na tym poziomie i o tym ten pracownik również nam powiedział. Niestety, to jest taka patologia w polskiej piłce, dlatego niektórym zawodnikom jest ciężko przebić się wyżej. Jest to bardzo przykre. U nas w drużynie nikt nie ma menedżera, przynajmniej ja nic o tym nie wiem.

Czego nauczyłeś się w Alicante?
Zobaczyłem, jak działa klub i uzyskałem dużo istotnych rad nie tylko od Pachety, ale też od dyrektora sportowego klubu. Przekonałem się, jak to wszystko działa w dużym klubie. Wiele pozytywnego myślenia. Nauczyłem się, co należy robić i jak należy działać oraz że trzeba być pewnym siebie w swoim działaniu, a także walczyć o swoje. W szczególności, jeżeli mamy dobre pomysły. Jeżeli coś ma wyjść na dobre klubowi, to trzeba o to walczyć, trzeba walczyć z patologią w polskim sporcie, którą można spotkać w wielu miejscach. Myślę, że trener Pacheta miał bardzo dobry wpływ i na mnie, i na „Madeja”, tak samo na Maćka. Każdy z nas się czegoś od niego nauczył. W szczególności podejścia do sportu, piłki nożnej i podejścia do ludzi.

W następnej części wywiadu Łukasz Kamiński opowie o tym, jak współtowrzył seniorów Kosy Konstancin, początkach RKS Mirków, dotacjach gminnych, a także celach na przyszłość.

Rozmawiał Rafał Lipski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *