W zeszłym sezonie seniorzy również zanotowali bardzo słaby początek, ale później pokazali, że potrafią wygrywać. Oby tak było i tym razem.

„Jak co czwartek…” wyjątkowo we wtorek. Przyznam szczerze, że ostatnio nieco zaniedbałem dział felietonów na stronie internetowej, który przecież wystartował z niesamowitą pompą i zapowiedzią cotygodniowych tekstów. Rzeczywistość jednak zweryfikowała zamiary i sesja poprawkowa na studiach okazała się być o wiele bardziej czasochłonna niż podejrzewałem. Naprawdę nie jest łatwo nauczyć się filozofii, tym bardziej, jeśli jest ona po włosku, a w twojej głowie zostają jedynie takie informacje jak ta, że pitagorejczycy byli vege, ale nie mogli jeść bobu. Sesja jednak zakończyła się pozytywnie, więc wracamy ze zdwojoną siłą. A pisać jak najbardziej jest o czym.

***

W zeszłym tygodniu odwiedzili nas nasi przyjaciele z Czech, którzy wprowadzili na nasz stadion mnóstwo dobrego nastroju. Mimo bariery językowej rozumieliśmy się doskonale. A propos różnic językowych, to dowiedzieliśmy się, że wybierając się do Czech, nie warto niczego „szukać”, ponieważ znaczenie tego słowa w języku czeskim zupełnie nie przypomina polskiego… Podobnie również w konwersacji nie warto sugerować się artykułami z internetu, wedle których wiewiórka to po czesku „drevny kocur”. Te rady z pewnością przydadzą się naszym zawodnikom, którzy już niedługo będą mieli okazję odwiedzić w kraju Krecika swoich nowych kolegów. Kolegów, którzy na ich meczu zdzierali gardło niczym kibice w Warszawie podczas niedzielnego starcia z Lechem.

Głośne „KON-STAN-CIN!!!” niosło się po całym Złotokłosie. Jeśli ktoś mówi, że piosenki kibiców nie mają wpływu na postawę drużyny, to powinien wybrać się na mecz rocznika 2004 – gołym okiem było widać, że przy takich trybunach chłopakom grało się rewelacyjnie. „Chodźcie do nas” i przybijanie piątek było idealnym podsumowaniem wsparcia, jakiego udzielili naszym graczom zawodnicy z Czech. Można szyć szaliki zgodowe – RMSK Cidlina Nový Bydžov i KS Konstancin.

***

Mniej przyjemny temat to oczywiście nieszczęśliwa seria porażek naszych seniorów. 7 meczów, 0 punktów, 7 strzelonych bramek i 29 straconych. To wynik zdecydowanie poniżej potencjału drużyny i nikt nie mówi, że tak nie jest. Kibice mają pełne prawo do tego, żeby wyrazić swoje niezadowolenie. Nie uznaję takiego rozumowania, że jeśli ktoś nie grał w piłkę w żadnej lidze, to nie może nikogo krytykować – tak samo zawodnicy mają prawo krytykować kucharzy w restauracji, mechaników samochodowych, pana od pogody, media officerów (oby jak najrzadziej…) itp. Krytyka musi być jednak obiektywna i daleka od zwykłego hejtu. Chciałbym się podzielić kilkoma spostrzeżeniami.

Zaczynając pracę w gazecie lokalnej, wybrałem się na swój pierwszy mecz w niższej lidze. Byłem przygotowany mniej więcej jak na egzamin z filozofii, wobec czego wszelkie nazwiska trenerów, sztabu itd. były mi obce. Przy szatni zaczepiłem jednego pana, którego sylwetka zdecydowanie nie świadczyła o tym, że prowadzi sportowy tryb życia. Wziąłem go za kierownika i zapytałem, czy poda mi skład. Było 15-30 minut do pierwszego gwizdka sędziego, pan z uśmiechem odpowiedział, że skład się dopiero ustala i zaraz da mi znać. Po wyjściu z szatni zaczął wymieniać nazwiska, których i tak nie kojarzyłem, a na pytanie o numery na koszulkach odpowiedział, że „o to trzeba pytać trenera”. Kilka dni później w konkurencyjnej gazecie zobaczyłem zdjęcie tego samego pana, który pomógł mi ze składem, z podpisem „Trener taki i taki podał się do dymisji”. Z ręką na sercu mogę zaświadczyć, że trener Michał Madeński doskonale zna numery, z którymi grają jego podopieczni, a ustawienie zespołu i skład, w którym on wystąpi, ustala wcześniej niż na kilkanaście minut przed rozpoczęciem meczu. Wystarczy przejść się na trening i zobaczyć, że w jego pracy ciężko doszukiwać się przypadkowości – ma wiele pomysłów, które stara się realizować. Może trochę posłodziłem, ale prawda jest taka, że gdyby każdy z trenerów w niższych ligach pracował tak jak Michał czy Mariusz Szewczyk, to poziom polskiej piłki byłby wyższy.

Druga sprawa to zawodnicy. Ludzie, którzy trzy razy w tygodniu przychodzą na trening, ponieważ… chcą grać w piłkę. Nie trenują dla pieniędzy, robią to wyłącznie ze względu na swoją pasję. Tylko czekać, aż któryś z kibiców krzyknie, że „za co wy im płacicie” i zacznie liczyć pieniądze wydane na bilet – to nie Legia Warszawa, tylko liga okręgowa i tak jak widzowie mają darmowy wstęp, tak aktorzy występ. A mimo to wkładają mnóstwo pracy w to, żeby KS grał jak najlepiej. Spadek formy – wiadomo, każdemu się zdarza. Jednakże ja dostrzegam pozytywy –  lepiej, żeby po boisku biegał młody Kacper Ciesielski, którego potem publicznie chwali jeden z najlepszych dziennikarzy sportowych w Polsce, niż „stranieri”, którzy wychodzą na murawę tylko po to, żeby zainkasować jakąkolwiek sumę. Na naszej stronie internetowej można znaleźć cytat Mariusza Szewczyka, który brzmi następująco: „I właśnie o to chodzi, żeby taki klub z Konstancina przygarniał jak najwięcej chłopaków stąd, a nie cały czas sprowadzał piłkarzy spoza rejonu”. Nic dodać, nic ująć.

W zeszłym sezonie seniorzy również zanotowali bardzo słaby początek, ale później pokazali, że potrafią wygrywać. Udowodnili, że to drużyna, która ma duży potencjał. Oby tak było i tym razem.